Bez winy giną często uczeni, filozofowie, różnego gatunku autorowie i dobrego serca cesarze, królowie panujący, książęta i wodzowie.
(Teodor Jeske-Choiński „Paskarze”)

Tę wielką, a zarazem trudną do zaakceptowania prawdę, która pozostaje aktualna w każdej epoce, przedstawił już sto lat temu wybitny autor, który nie zdołał jej niestety przełożyć na współczesne mu czasy. Pisząc o „cesarzach dobrego serca”, w tym samym tekście potrafił bowiem stwierdzić, że obaj cesarze wielkich państw niemieckich uciekli po prostu ze swoich tronów, bo bali się nienawiści zmarnowanych, ogłodzonych poddanych.

Trudną chyba o większą obelgę dla Cesarza Pokoju niż stawianie go na równi z pruskim „cesarzem Niemiec”, który kraj swoich przodków opuścił bez zastanowienia i żalu, by resztę życia spędzić wygodnie w Holandii, mimo iż to on w dużej mierze odpowiadał za tragedię Wielkiej Wojny, zaś ten, który w niczym nie zawinił, musiał udać się na wygnanie o wiele cięższe i tragiczniejsze w skutkach. Na dodatek nie uczynił tego z własnej woli. Gdyż to nie on „bał się nienawiści poddanych”, lecz oni bali się jego miłości, za którą wypędzili go precz z Austrii, Czech, Chorwacji, Węgier…

A mimo to bł. Karol nigdy nie przestał ich kochać. Nawet złożony chorobą i męczony gorączką myślał o nich. Najpierw [martwił się] o wiedeńskie dzieci, dla których starał się o mleko, potem troszczył się o czeskiego żołnierza, który w szpitalu wojskowym cierpiał z pragnienia. I zawsze niepokoił się zaniedbaną ewakuacją Siedmiogrodu przed inwazją rumuńską, czyli tematem, który był przyczyną wielu gwałtownych starć słownych pomiędzy nim a hrabią Tisza.

Nadszedł jednak czas na ostatniego cesarza o dobrym sercu. Tydzień i trzy lata po przekroczeniu granicy austriacko-szwajcarskiej wstąpił on do domu Ojca. 1 kwietnia 1922 roku nikomu nie powinno było zbierać się na śmiech. Oto odszedł sprawiedliwy, wpierw uwięziony i zniesławiony przez świat. W tym samym czasie Wilhelm II marnował życie na czcze rozrywki, Mussolini przygotowywał się do marszu na Rzym, a w Rosji Lenina na śmierć głodzono miliony. Świat milczał.

Również Polacy nie umieli uszanować zmarłego. Dwa dni po jego śmierci krakowski „Czas” donosił: Litując się też nad jego losem, niewątpliwie godnym litości, trudno nie uznać, że śmierć była dla niego najlepszym wyjściem z położenia, które należycie znosić mógłby tylko człowiek niezwykłego hartu i wielkiej duszy. Trudno chyba o większe kłamstwo. Niewielu bowiem tak jak Karol I Habsburg umiałoby cierpliwie i pokornie znosić niesprawiedliwy los oraz okrutne męki przed śmiercią.

Tak samo jednak cierpiał na krzyżu nasz Zbawiciel. Jego zgon także uznawano na „najlepsze wyjście z położenia”: lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud (J 11, 50). Pokornie znosił On jednak wszelkie poniżenia. Przygotowując się do pamiątki Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania, pamiętajmy więc, że wzywa On nas do podążenia tą samą drogą, tak jak to uczynił Cesarz Pokoju, który zginął bez winy, a jego dobre serce miały docenić kolejne pokolenia.

Odszedł Pasterz nasz, co ukochał lud.
O Jezu dzięki Ci, za Twej męki trud.

2 myśli na temat “Śmierć sprawiedliwego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *